Na początku była czysta intencja.
Klasa maturalna, podjęcie decyzji.
Nie wiem, czy to była wielka miłość do Boga, czy raczej głęboka potrzeba sensu. Potrzeba oddania życia czemuś większemu niż ja sam. Pragnienie służby, bycia mostem, światłem, narzędziem.
Zakon jawił się jako droga, która mnie przerastała, ale też wołała.
Pierwsze lata formacji były jak świt. Szczerość, zachwyt nad modlitwą, wspólnotą, ciszą. Wyobrażałem sobie siebie – jak wspieram ludzi rozmową, obecnością, zwyczajną pracą. To było piękne. Marzenia były czyste jak poranne światło.
Na początku wszystko miało smak – wspólne modlitwy, rekolekcje, spotkania z ludźmi, godziny spędzone na zwykłej pracy. Nawet zmęczenie bywało błogosławieństwem.
Potem przyszła codzienność. Ale nie ta zdrowa, prosta, tylko ta, która zaczyna dusić.
Małe rozczarowania. Milczenie Boga, które przedłuża się ponad siły. Bracia, którzy widzieli bardziej rolę niż człowieka. Moje imię zaczęło znikać – została tylko funkcja.
Najpierw było mi trudno wstać do modlitwy. Potem modlitwa stawała się rutyną. Praca, która kiedyś dawała sens, zaczęła ciążyć. Rozmowy – powtarzalne. A we mnie narastała cisza i samotność.
Na początku nie mówiłem o tym nikomu. Nosiłem to w sobie, ze wstydem. Bo jak przyznać, że zakonnik, który miał żyć dla Boga, czuje, że sam traci drogę?
Potem rozmowa z przyjacielem (obecnie Kapłanem).
Próbowałem rekolekcji, postów, rozmów z przełożonymi. Ale wspomnieniem powołania nie da się żyć wiecznie. Trzeba żyć teraz. A teraz bolało.
W tamtym czasie trafiłem do hospicjum. To miała być moja posługa. Myślałem, że to ja będę dawał siłę chorym – a to oni dali ją mnie.
Patrzyłem, jak ludzie odchodzą. Niektórzy pogodzeni, inni w lęku. Jedni prosili tylko o trzymanie za rękę, inni milczeli do końca. I zobaczyłem, że w tej kruchości jest coś większego niż wszystkie moje pytania. Że nawet w odejściu można ufać.
Ci chorzy uczyli mnie nadziei. Ich uśmiech w bólu, ich „dziękuję” za zwykłą obecność – były dla mnie Ewangelią, której nie da się znaleźć w książkach.
Pokazali mi, że Bóg jest wierny nawet wtedy, gdy człowiek już nic nie może.
Tam, wśród łóżek i ciszy, uczyłem się najprostszej modlitwy: być. Po prostu być. Siedzieć przy kimś, kto gaśnie, i nie uciekać. To nie wymagało wielkich słów. Wymagało serca.
I kiedy dziś myślę o moim odejściu, to właśnie oni sprawiają, że nie czuję się zdrajcą. Pokazali mi, że Bóg jest większy niż forma życia, którą wybieramy. Że nie liczy się habit, lecz to, czy potrafię być przy drugim człowieku – w miłości, w prawdzie.
Ale długo walczyłem. Bardzo długo. 3 lata.
Aż spojrzałem w lustro i zobaczyłem człowieka zmęczonego, bez światła. I zadałem sobie pytanie: czy naprawdę jeszcze wierzę, że jestem na właściwej drodze?
W ciszy usłyszałem odpowiedź: nie.
Po pięciu latach odszedłem.
Nie złożyłem ślubów wieczystych. Mogłem odejść. I odszedłem. Nie z gniewu. Nie z rewolucji. Z bólu i z prawdy.
Odejście z zakonu było jak mała śmierć. Straciłem tożsamość, którą nosiłem przez lata.
Ludzie reagowali różnie – jedni nie rozumieli, inni czuli się zawiedzeni, niektórzy milczeli. Najgorsze były pytania bez odpowiedzi.
Ale potem przyszły inne poranki. Wolność od gry. Cisza, która nie oskarża. Modlitwa – inna, czasem tylko jedno zdanie, czasem płacz. Ale prawdziwa.
Nie żałuję, że byłem w zakonie. Byłem tam całym sobą. Ale teraz chcę żyć prawdziwie. Nawet jeśli oznacza to, że jestem tylko byłym zakonnikiem. Byłym bratem. Ale nadal – człowiekiem.
21 lat temu zmieniłem drogę. Dziś nie żałuję, czas w zakonie przygotował mnie do bycia Mężem i Ojcem. Dał fundament.
Teraz też lepiej rozumiem tych, którzy przezywają rozterki w swoim życiu. I wiem, że strach jest czym normalnym i naturalnym. Że strach można przejść, jest to tylko chwila.

Komentarze
Prześlij komentarz