Są filmy, które oglądasz i zapominasz.
Są też takie, które nie chcą o tobie zapomnieć.
„Trener” z 2005 roku…
Niby sportowy, niby prosty, niby historia o chłopakach z trudnych dzielnic. A jednak oglądasz go, serce bije jak oszalałe i nagle czujesz, że to nie opowieść o koszykówce. To lustro. Wezwanie. Uderzenie w miejsce, o którym zwykle mówimy: „to nic takiego”.
Jest w tym filmie pytanie, które wraca jak refren. Powtarzane twardo. Cicho. Uporem, który nie daje uciec:
„Czego najbardziej się boisz?”
Niby banalne. A jednak takie pytania znajdują drogę tam, gdzie nie powinny — w najciemniejsze korytarze duszy. I zostają.
Bo my nie boimy się porażki.
Nie boimy się błędów.
My się boimy… prawdy o sobie.
I kiedy pod koniec pada odpowiedź — ta, którą każdy z nas podskórnie zna, ale niewielu ma odwagę wypowiedzieć:
„Moim największym lękiem nie jest to, że jestem niewystarczający.
Naszym największym lękiem jest to, że jesteśmy potężni ponad miarę.
To nasze światło, a nie mrok, nas poraża…”
…człowiek milknie.
Jakby nagle w pokoju zrobiło się jaśniej. I trudniej.
Bo zaczynasz rozumieć: całe życie trenujemy ukrywanie siebie.
Słabości mamy wypisane na pamięć. Wyrecytujemy je w każdej chwili.
Ale własnej mocy?
Tego, co naprawdę potrafimy?
Tego, czego nawet jeszcze nie ruszyliśmy?
Tego boimy się najbardziej.
Bo co, jeśli naprawdę możemy więcej?
Co, jeśli nie jesteśmy tacy mali, jak nas nauczono?
Co, jeśli w środku płonie w nas światło, którego nie umiemy unieść?
Więc robimy to, co znamy najlepiej: zmniejszamy się.
Zwijamy.
Gasimy to, co mogłoby świecić — żeby nikogo nie urazić, nie przerosnąć, nie obudzić czyjegoś lęku.
Żeby „nie być za bardzo”.
A przecież…
„Twoje umniejszanie nie służy światu.”
Ile talentów zgniło w szufladach, bo ktoś uwierzył, że nie wypada błyszczeć?
Ile marzeń zostało pogrzebanych żywcem?
Ile dróg nigdy nie zostało przejścia, tylko dlatego że człowiek bał się wejść w swoją własną siłę?
A przecież świat nie potrzebuje naszej perfekcji.
Potrzebuje naszego światła.
Nie tego wystudiowanego — ale tego prawdziwego, drżącego, czasem niepewnego, ale autentycznego.
Bo w każdym z nas siedzi bohater.
Nie filmowy. Nie z peleryną.
Prawdziwy. Cichy. Uparty.
Ten, który wie, do czego jesteś zdolny, jeśli przestaniesz sobie stać na drodze.
Tylko że kiedy ten bohater zaczyna mówić, pierwsza reakcja to nie duma.
Pierwsza reakcja to strach.
Bo co jeśli on ma rację?
Co jeśli naprawdę możesz żyć inaczej?
Co jeśli potrafisz kochać mocniej, działać odważniej, tworzyć więcej, podnosić się szybciej?
Możliwość bycia kimś pełniejszym potrafi przerażać bardziej niż jakikolwiek mrok.
Bo siła zobowiązuje.
Siła wzywa do ruchu.
Do wyboru.
Do odpowiedzialności.
A my jesteśmy czasem zmęczeni byciem silnymi.
Więc zamiast iść naprzód… cofamy się.
Nie dlatego, że jesteśmy słabi — ale dlatego, że zaczynamy widzieć, jak bardzo jesteśmy silni.
To ironia życia:
to nie nasza słabość nas zatrzymuje.
Zatrzymuje nas świadomość własnej mocy.
Czujemy jej ciężar, zanim zobaczymy jej piękno.
Słyszymy wymaganie, zanim usłyszymy zaproszenie.
Dlatego mówimy: „jeszcze nie… jeszcze chwilę… jeszcze trochę w cieniu”.
Bo światło wymaga spotkania z sobą prawdziwym.
Nie z tym, kogo wychowano.
Nie z tym, do czego próbowano nas dopasować.
Ale z tym, kim jesteśmy naprawdę.
Światło mówi:
„Już nie musisz być nikim innym. Już możesz być sobą.”
A to najtrudniejsze.
Bo kiedy pozwalasz sobie świecić, wszystko, co fałszywe, zaczyna pękać.
Pękają stare historii.
Pęka to, co trzymało cię małym.
I nagle pojawia się przestrzeń — taka, w której można oddychać pełną piersią.
I w tej przestrzeni dzieje się coś niezwykłego:
światło, którego się bałeś, okazuje się jedyną drogą, która naprawdę cię prowadzi.
Nie wypala.
Nie niszczy.
Buduje.
A kiedy odważysz się — choćby o milimetr, jedno „spróbuję”, jedno „może jutro już nie będę w cieniu” — okazuje się, że to światło nie oślepia.
Ono wskazuje drogę.
Najpierw tobie.
A potem tym, którzy stoją obok i czekają, aż ktoś pierwszy przestanie się bać.
Bo największy mecz życia rozgrywamy nie na boisku, ale w środku:
między lękiem a światłem.
Między „nie mogę” a „mam prawo”.
Między tym, kim byliśmy, a tym, kim możemy się stać.
Twoje światło nie jest pomyłką.
Jest zaproszeniem.
Do pełni.
Do odwagi.
Do bycia sobą bez przepraszania.
Do używania darów, z którymi przyszło się na świat.
I może właśnie teraz jest ten moment.
By przestać się bać własnej mocy.
Bo kiedy wreszcie przestajesz ją dusić — świat wokół cichutko zaczyna oddychać szerzej.
Bo ktoś w końcu zapalił światło.
I to byłeś Ty.
- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje
- Pobierz link
- X
- Inne aplikacje

Komentarze
Prześlij komentarz