Przejdź do głównej zawartości

Życiowy Pre-paid: Doładuj, zanim padniesz

Czasem mam wrażenie, że nad głową powinien mi się wyświetlać ten sam komunikat, co w telefonie na kartę:

„Uwaga, kończą ci się środki. Doładuj, zanim padniesz.”


Tylko, że telefon potrafi być uprzejmy — wyśle SMS-a, zasygnalizuje kontrolką, przypomni, że jesteś na minusie. 

A życie? Życie kopnie cię w kostkę i dopiero wtedy zauważysz, że od dwóch tygodni jedziesz na rezerwie i to jeszcze w roamingu.

Bo umówmy się — codzienność to nic innego jak ciągłe zużywanie minut i pakietów danych. 

Zamiast rozmów mamy obowiązki. Zamiast SMS-ów — ludzi i ich oczekiwania. Zamiast internetu — emocje, które potrafią spalić baterię szybciej niż wideo w 4K.


A kiedy jesteś niewyspany, przebodźcowany i przeciążony, to nie ma „proszę czekać”.


Jest „połączenie przerwane”.

I nigdzie w tym wszystkim nie chodzi o jakieś rytuały wellness w stylu: rano joga, wieczorem kadzidła, a w przerwach afirmacje mówiące, że jesteś światłem wszechświata.
Nie.


Życiowy pre-paid ładuje się w codziennych, małych rzeczach.
W takich, które nie wyglądają na Instagramie, ale naprawdę robią robotę.

Na przykład — czasem jedynym doładowaniem, jakie mam, są siedem minut totalnego nic. Nie medytacja, nie głęboka refleksja. Po prostu siedzę na łóżku i gapię się w ścianę jak Windows 95 po błędzie krytycznym. Czasem uda się wypić herbatę, zanim ktoś ją ukradnie. Czasem dwa oddechy w przedpokoju, zanim świat znowu zacznie czegoś ode mnie chcieć.
I nagle bateria rośnie — może nie do 100%, ale te 12% potrafi uratować dzień.

Albo momenty, kiedy mogę być w przestrzeni, w której nikt absolutnie niczego ode mnie nie chce. Nawet jeśli tą przestrzenią jest pralka, która zagłusza świat, albo droga do sklepu po chleb, z której wracam po piętnastu minutach, mimo że sklep jest sto kroków dalej. Wyrzucenie śmieci też nagle zamienia się w urlop (chwilowy, ale potrzebny).
I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze: nie luksus, tylko spokój. Taki prawdziwy, codzienny.

Ładuje mnie też jedna konkretna rozmowa z kimś, kto nie wymaga ode mnie bycia wersją premium.
Wystarczy powiedzieć:
„Stary, mam taki dzień, że świecę na czerwono jak Nokia z 2003 roku.”
A ktoś odpowie: „Rozumiem, ja jadę na trybie monochromatycznym od rana.”
I już. Bateria: +20%.

Albo zrobienie jednej rzeczy do końca. Jednej, nie trylogii z dodatkami.

Odpisanie na jeden mail. Posprzątanie jednej półki. Zapłacenie tej jednej faktury, przed którą uciekasz jak przed horrorem.


Nagle pojawia się w głowie: „Może jednak ogarnę to życie”.
To uczucie jest warte więcej niż wszystkie aplikacje do produktywności.

A są jeszcze te dni, w które nie masz potencjału nawet do myślenia. Każdy takie ma — tylko nikt się nie chwali. I wtedy doładowaniem jest byle jaka kolacja, wcześniejsze pójście spać, odpuszczenie 90% planów i powiedzenie całemu światu:
„Dzisiaj nie. Zgłoście się jutro.”

To nie lenistwo. To konserwacja systemu.

I najdziwniejsze — ale genialne — są rzeczy, które nie mają sensu, ale są twoje.
Memy o psach. Wytarcie blatu, który już wygląda jak lustro. 
Przesuwanie mebli o trzy centymetry, żeby zobaczyć, czy będzie lepiej (nie będzie, ale i tak przesuniesz). 
Takie bzdury potrafią trzymać człowieka przy życiu.

I tu dochodzimy do sedna:

to wszystko trzeba robić, zanim padniesz. Nie po.

W telefonie, kiedy kończą się środki — po prostu nie zadzwonisz.
W życiu, kiedy kończą się środki — nawet siebie już nie usłyszysz.
Zostaje zmęczenie, wkurzenie na pierdoły i to dziwne uczucie, że świat stał się jakimś labiryntem bez wyjścia.

Dlatego właśnie warto codziennie, małymi rzeczami, realistycznie, po ludzku — ładować swój życiowy pre-paid.
Nie jakąś teorią coachingową, tylko tym, co naprawdę działa.

A teraz zaproszenie, które nie robi wstydu, strachu, wypalenia, ale robi robotę:

Znajdź swoje własne doładowania.

Każdy ma inne.
Jedni ładują się ciszą.
Inni śmiechem.
Jeszcze inni spacerem do śmietnika, który trwa podejrzanie długo.

Chcesz sposób? Mam jeden, prosty i skuteczny:

Przez trzy dni zapisuj tylko jedną rzecz dziennie, po której czujesz, że oddychasz choćby o pół centymetra lżej. Jedną.
Po tych trzech dniach będziesz mieć swoją własną listę ładowarek.
Prawdziwą.
Nie internetową.

Twoją.

I tu leży sekret:
to, co działa na ciebie, staje się twoją ładowarką. Cała reszta to szum.

Masz do tego dostęp zawsze, kiedy chcesz — zwłaszcza zanim padniesz, a nie dopiero w momencie, gdy cały system robi puff.

Szukaj tych drobnych momentów, w których wraca ci odrobina sił.
Zrób z nich swoje małe antidotum na codzienność.

Bo czasem naprawdę to właśnie te najmniejsze, najdziwniejsze i najbardziej Twoje rzeczy trzymają cię przy życiu lepiej niż wszystkie wielkie teorie świata.

To jest twój życiowy pre-paid.
Doładuj.
Zanim padniesz.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Kiedy ruch uspokaja życie...

Po  kilku latach trenowania defendo wiem, że to nie tylko ciosy i kondycja. To przede wszystkim umiejętność opanowania siebie – emocji, oddechu, reakcji.  Na macie, w klubie uczę się panować nad chaosem, który pojawia się w ułamku sekundy.  To doświadczenie stało się dla mnie nieocenione w codziennym życiu, zwłaszcza że żyję z dużymi deficytami koncentracji, dla niektórych znanymi jako ADHD .  Moja głowa pędzi szybciej niż ciało, myśli skaczą w każdym kierunku.  Czasem codzienność przypomina nieustanny sparing – terminy, spotkania, projekty, zadania, ludzie… To, czego nauczyłem się na treningach, pomaga mi w pracy i relacjach z innymi. Kiedy na spotkaniu z klientem, biznesowym lub prywatnym emocje zaczynają przyspieszać, przypominam sobie, jak w walce można wyhamować chaos, złapać oddech i spojrzeć na sytuację z dystansem.  Kiedy moja uwaga rozprasza się od miliona myśli, wykorzystuję techniki skupienia na jednej czynności, na sekwencji ruchów, ciosów, któ...

Nie da się zrobić komuś „emocjonalnego RKO”

To wspomnienie wróciło do mnie nagle. W codzienności. Podczas zwykłej rozmowy w sklepie, rozmowy jakich wiele,  w poranku takim jakich wiele. I nagle – jakby ktoś otworzył we mnie stary pokój, w którym było dużo ciszy i napięcia . Kilka lat temu. Wyszedłem ze sklepu i zobaczyłem tłum ludzi. Na ziemi kobieta. Leżała bezwładnie.   Wtedy ciało zadziałało szybciej niż myśl. Uklęknąłem. Wstępne badanie. Oddechy agonalne u poszkodowanej. Dłonie ułożyły się tak, jak mnie uczono.  Rytm ucisku. Rytm, który znałem na pamięć. A może bardziej znało moje ciało, mięśnie.  Obok ktoś dzwonił, ktoś krzyczał, ktoś patrzył w panice, ktoś rozmawiał. Mężczyzna podszedł, pomogę też umiem. Ktoś przyniósł wodę.  A ja robiłem swoje. Czekałem z nią, aż przyjedzie karetka. Gdy ratownicy przejęli sytuację, wstałem i odszedłem. Pamiętam krótki powrót do domu. I długi czas, kiedy moje serce musiało nauczyć się zwalniać. Jakby emocje dopiero wtedy chciały mnie dogonić. Dopi...

Moja moneta ma dwie strony...

Czasami mam wrażenie, że stoję w miejscu.  Patrzę, jak inni biegną, rozwijają się, zdobywają kolejne szczyty – zwłaszcza ci, którym sam staram się pomóc.  I wtedy pojawia się pytanie: „dlaczego oni potrafią, a ja nie?” .  To dziwne uczucie, kiedy twoi uczniowie, klienci, bliscy – ci, którym chcesz coś dać – zaczynają cię wyprzedzać. Osiągają rzeczy, które mnie samemu wciąż się wymykają.  Z jednej strony czuję dumę i radość, bo wiem, że o to właśnie chodzi.  Z drugiej – we mnie samym rodzi się cień. Porównanie .  Głos, który szepcze: „oni lepiej, szybciej, mocniej… a Ty? ”. Czasami wtedy widzę w sobie tylko to, co nie wyszło. Potrafię godzinami analizować porażki, rozkładać je na części, karmić się poczuciem winy, że mogłem inaczej, lepiej.  W takich chwilach tonę w przekonaniu, że ugrzęzłem w ciemnej stronie monety – jakby tylko ona istniała. I wtedy dzieje się coś, co mnie zatrzymuje.  Nagle przychodzi SMS. Wiadomość. Rozmowa. Ktoś napisze: „dz...