Bardzo lubię śnieg. Taki, który przykrywa wszystko. Brzydotę, bałagan, ślady po tym, co było zaniedbane i porzucone. Pod śniegiem świat wygląda spokojnie. Jakby był poukładany. Jakby nic nie bolało. A przecież pod bielą zawsze kryje się chaos, który tylko czeka, aż przyjdzie wiosna. I czasem myślę, że dokładnie tak wygląda nasze życie. Nakładamy warstwy. Jedną na drugą. Uśmiech. Ogarnianie się. Radzenie sobie. Bycie „tym w porządku”. Robimy to latami, aż w końcu sami zaczynamy wierzyć, że tak już musi być. I ostatnio dotarło do mnie coś bolesnego: ile ja mam w sobie takiego śniegu . Ile warstw „ogarniętego mnie”, „radzącego sobie mnie”, „takiego, którego da się lubić”, pod którymi chowam zmęczenie, wstyd, lęk i to ciche pytanie: jak długo jeszcze dam radę tak żyć? Bo życie bardzo rzadko rozpada się nagle. Ono pęka powoli. Cicho. Po trochu. W drobnych zgodach na to, czego nie chcemy. W przemilczanych granicach. W relacjach, które trwają tylko dlatego, że boisz ...
„To, co przed nami i to, co za nami — to drobne sprawy w porównaniu z tym, co jest w nas.” Ralph Waldo Emerson Czasem kryzys przychodzi bez zapowiedzi. A czasem dojrzewa długo, po cichu, aż w końcu budzisz się pewnego dnia i wiesz, że już nie da się tak dalej . Nie musi boleć spektakularnie. Częściej boli zwyczajnie. Zmęczeniem, które nie mija po śnie. Ciszą, w której myśli krążą bez końca. Poczuciem, że coś się skończyło — choć nie potrafisz powiedzieć co. I wtedy wszystko, co było „wcześniej” i wszystko, co miało być „później”, nagle blednie. Zostaje tylko to, co jest w Tobie . To miejsce, w którym nie da się już udawać. Kryzys często dotyka tych, którzy długo byli silni. Którzy potrafili ogarniać, dźwigać, nie narzekać. Którzy nauczyli się radzić sobie sami — nawet wtedy, gdy było bardzo ciężko. Aż któregoś dnia samotność staje się zbyt głośna. Nie ta fizyczna. Ta wewnętrzna. Kiedy nie wiesz już, komu mógłbyś powiedzieć, co naprawdę czujesz. Albo boisz się, że jeśli powiesz, t...